niedziela, 27 grudnia 2015

ja i moje Spięte CV

Ważnym dla mnie polskim zespołem, właściwie chyba najważniejszym, jest Lao Che. Wspominałam o nich już nawet kilka razy w top 5. Zaczęło się od albumu "Powstanie Warszawskie", którego mojego rodzice bardzo dużo słuchali. Kiedy zaczęłam go słuchać sama to leciał on u mnie w kółko i w kółko. Wywołuje on u mnie tyle emocji, że trudno o tym mówić. Nie jeden raz miałam łzy w oczach podczas odsłuchiwania, a tylko kilka razy się zdarzyło, że na "Starym Mieście" nie miałam dreszczy i to dlatego, że słuchałam tego wtedy za dużo. Zmęczenie materiałem.
Potem przeszłam jakoś do kilku najbardziej znanych utworów. Dosłownie dwóch, czy trzech. Potem w 2014 roku udało mi się być na ich koncercie na Woodstocku. (Na tym kawałku w wersji Woodstock zawsze mam ciary LINK.) Po koncercie przyszła mi ogromna faza. Skupiłam się głównie na płycie "Gospel" i "Soundtrack". Właściwie słuchałam ich non-stop.
Teraz jak wyglądał zeszły rok z Lao Che?
W końcu pod koniec stycznia dowiedziałam się, że zespół zagra w Gnieźnie. Od razu zadzwoniłam do przyjaciółki i krzyczałam ze szczęścia. Koncert miał być 20 marca, więc byłam pewna, że mam dużo czasu. Ze spokojem czekałam na koncert, ale bez biletu i ups... Bilety się wyprzedały.
Skontaktowałam się jednak z wujkiem, który załatwił mi i przyjaciółce wejście na koncert.
To był najlepszy najlepszy polski koncert! Naprawdę! Właściwie nawet nie potrafię opisać jak świetnie było. Przytuliłam nawet część zespołu i podziękowałam za wpisanie na listę gości. Było świetnie.
To był ich pierwszy koncert w zeszłym roku. Kolejnym był występ na Jarocinie, potem znowu Woodstock jako Jazzombie (projekt Lao Che z Pink Freud) i ostatni LuxFest.
Zespół w tym roku kontynuuje trasę promocyjną albumu "Dzieciom".
11 lutego zespół wystąpi w Poznaniu i mam nadzieję, że uda mi się pojechać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz